Netflix. To się nigdy nie uda – recenzja książki

Netflix. To się nigdy nie uda – recenzja książki. W kategorii artykułów NA TEMAT nie ma omawianych seriali, ale znajdziemy tu teksty nawiązujące do seriali. Najczęściej dotyczą one omówienia platform streamingowych video, na których są dostępne różne seriale. Skoro więc często piszemy o takich usługach jak chociażby Netflix, to warto tym razem przyjrzeć się bliżej książce odsłaniającej kulisy powstania firmy, która stoi za tą popularną platformą streamingową. Nie będzie to jednak klasyczna recenzja, a bardziej zwykłe omówienie książki – Netflix. To się nigdy nie uda.

W omawianej książce współzałożyciel firmy Marc Randolph opisuje chronologicznie ciąg zdarzeń, który sprawił, że firma Netflix stała się rozpoznawalną marką na rynku amerykańskim. Marc Randolph w formie pamiętnika opisuje wydarzenia, jakie towarzyszyły jemu oraz Reedowi Hastingsowi kiedy wspólnie w 1997 roku zakładali oni firmę Netflix. To ciekawa historia, z którą warto się zapoznać, by prześledzić losy firmy, która zaczynając od wypożyczalni płyt DVD stała się jedną z najzamożniejszych firm na świecie (red. pierwsza dwudziestka najcenniejszych marek świata).

Netflix. To się nigdy nie uda – recenzja książki – pomysł na biznes

Marc Randolph w swojej książce stosuje formę pamiętnika. Całość jest wręcz świetnie napisana i może zaskakiwać, że wyszła ona z rąk człowieka, który nie jest zawodowym pisarzem. Na koniec tej książki autor jednak przyznaje się, że to praca zbiorowa. On użycza jedynie swojej narracji oraz pamięci. Nad samym tekstem pracowało natomiast wielu ludzi. Nie umniejsza to jednak wkładu Randolpha w powstanie tego literackiego utworu.

Finalnie powstaje książka, która opisuje pierwsze lata działalności Netflixa. To przedział czasowy między 1997 rokiem, kiedy padł pomysł na stworzenie firmy, po moment jej wejścia na Nowojorską Giełdę. Właściwie na krótki czas po tym wydarzeniu Marc Randolph opuścił firmę. Z samej książki nie dowiemy się więc niczego o czasach, które odmieniły działalność Netflixa. Tym samym to pamiętnik o pierwszych latach aktywności Netflixa, czyli czasach prestreamingowych. Jeśli ktoś nastawia się na powieść o platformie streamingowej, to musi brać to wszystko na poprawkę. Do czasów platformy autor nawet nie dochodzi, bo nie brał w niej udziału. On jednak dał pomysł na to wszystko, a wokół pomysłu przez lata kształtował się NETFLIX jaki znamy dzisiaj.

Sama firmę panowie Hastings i Randolph zarejestrowali 29 sierpnia 1997 roku. W tym właśnie roku obmyślali pomysł na biznes. Sam autor zaskakuje, że nie był to pomysł pierwszego rzutu. Żaden z tych panów bowiem nie miał doświadczenia w branży około kinematograficznej. To typowi biznesmeni, gdzie Hastings uchodził już wówczas za doświadczonego przedsiębiorcę, a Randolph miał łatkę zwykłego startupowca. Niewątpliwie jednak obaj myśleli nad stworzeniem czegoś za pośrednictwem internetu. Dosłownie czegokolwiek co można sprzedawać lub wypożyczać. Chcieli bowiem powtórzyć sukces Amazonu, który od 1995 roku zaczął wykorzystywać internet komercyjny w taki sposób, jak nikt przed nimi nawet nie śnił o takim jego wykorzystaniu, które przynosi dzisiaj ogromne zyski.

Netflix. To się nigdy nie uda – recenzja książki – pierwsze kroki

Po pomysłach na szampony, czy kije baseballowe wykonywane na indywidualne zamówienia, padł pomysł na internetową wypożyczalnie kaset video. VHS wówczas rządził rynkiem kinematograficznym. Stworzył z czasem miliony kin domowych, w których ludzie zanurzali się w produkcjach filmowych, które zeszły z ekranów kin i znalazły się na taśmach kaset video. Jedni kupowali kasety na własność, inni chętnie wypożyczali kolejne tytuły. Każda najmniejsza pipidówa miała swoją wypożyczalnie kaset. Niektórzy na tej branży zbudowali ogromne biznesy. W Polsce starsi widzowie nie znają tego zjawiska, gdyż wypożyczalnie kojarzyły się nam wówczas z mały prywatnymi punktami w miastach. Natomiast w USA powstały nawet sieciówki obejmujące zasięgiem niemal cały kraj. W ten sposób do rangi giganta urósł Blockbuster LLC, z którym przyszło by się mierzyć, gdyby ten pomysł ujrzał światło dzienne.

Wypożyczalnia kaset miała się jednak znacznie różnić od tego co oferował klientom Blockbuster LLC. Ci słynęli z punktów stacjonarnych, które z czasem zbierały negatywne opinie. Ludzie jednak i tak wypożyczali tam filmy, gdyż sieciówka miała największy wybór. Polityka firmy była jednak antykonsumencka. Przewidywali oni bowiem wysokie kary za dłuższe przetrzymanie wypożyczonej kasety, a to tylko jeden z wielu ich grzechów głównych. Netflix miał do sprawy podejść inaczej. Bez punktów stacjonarnych. Cała obsługa klienta odbywałaby się zdalnie za pośrednictwem internetu. Na stronie internetowej ludzie składaliby zamówienie, a oni wówczas przez pocztę dostarczaliby im wybrany film. Kasety jednak zajmowały sporo miejsca. Baa, ciągle zajmują jak ktoś ma jeszcze je w swoich mieszkaniach (red. jak mój ojciec jaskiniowiec, co zgromadził sporą kolekcję VHS-ów i nigdy się jej nie chciał pozbyć, nawet jak przez pewien czas nie miał na czym je odtworzyć). Finalnie Randolph proponuje więc coś bardziej innowacyjnego.

Netflix. To się nigdy nie uda – recenzja książki – DVD zamiast VHS

Marc Randolph proponuje partnerowi, by może nastawić się na płyty DVD zamiast kasety video. Wcześniej omawia on ten pomysł ze swoją żoną. To ta właśnie rzuciła wówczas zdanie: Netflix. To się nigdy nie uda, który posłużył za tytuł omawianej książki. Żaden z tych panów wówczas nawet nie widział płyty DVD na oczy ! Nikt z nich nie trzymał jej w ręku, a jedynie słyszeli, że wyglądają one jak dyski kompaktowe CD. W sprzedaży DVD wówczas były dostępne jedynie w Japonii. Wówczas z Japonii przyjeżdżały delegacje do wielkich wytwórni filmowych. Delegaci prezentowali wówczas włodarzom takie Disney’a, Universalu czy Warnera, że będzie to następca VHS. To na nich będą mogli przygotowywać filmy do kolekcji domowych użytkowników. W Stanach Zjednoczonych nie było więc jeszcze w sprzedaży żadnych filmów na DVD. Mimo wszystko to właśnie na ten pomysł finalnie decydują się panowie w osobach Marca Randolpha i Reeda Hastingsa.

Sama nazwa Netflix też była po sporej burzy mózgów. I właściwie jej wymyślenie zostawili sobie na koniec. Podstawą działalności miał być od początku jednak internet. Na stronie internetowej klienci mieli składać zamówienia. Panowie wówczas musieli więc zadbać o serwery. To lata dziewięćdziesiąte dwudziestego wieku, więc o rozwiązaniach chmurowych nie było wówczas mowy. Żadna kolokacja serwerów, która jest tak powszechna współcześnie. Wszystko musieli mieć na miejscu i sami musieli tym zarządzać. Do grona pierwszych ich pracowników zaliczają się więc różnej maści informatycy. Netflix od samego początku to firma technologiczna, więc programiści, koderzy i inni z tej śmietanki branżowej byli od zawsze trzonem tej firmy. Oni również zadbali, aby strona finalnie wystartowała w 1998 roku. To istotne, bo tego się nie dowiecie z encyklopedii, gdyż tam jest temat bardzo spłycony i sugeruje jakby to było bezpośrednio po rejestracji firmy w 1997 roku.

Netflix. To się nigdy nie uda – recenzja książki – początek działalności

Następnie Marc Randolph w książce Netflix. To się nigdy nie uda opisuje kolejne lata po starcie usługi internetowej. Uczciwie jednak podchodzi do tematu podziału ról w nowym przedsięwzięciu. Wyjaśnia czytelnikom, dlaczego to właśnie Reed Hastings jest dzisiaj niemal wyłącznie kojarzony z Netflixem. On wówczas włożył w ten biznes swoje pieniądze. Marc Randolph nie dołożył wówczas na starcie ani centa. Poświęcił tej firmie jednak coś cennego jak złoto, czyli swój czas. To dzięki jemu zaangażowaniu projekt w ogóle wystartował. W tym czasie Hastings robił kolejne studia na Stanford University. Panowie uzgadniali ze sobą całą strategię, ale fundamenty praktycznie kładł Marc Randolph. Od pomysłu z płytami DVD po realizację. Jednak z uwagi na wkład finansowy udziały panów nie były równe. Marc opisuje nawet szczegółowo całą tą rozmowę, która miała go przekonać, że to właśnie Reed więcej na tym projekcie ryzykuje, bo włożył w niego sporo kasy.

Start usługi przerósł natomiast ich oczekiwania. W pierwszym dniu stronę zalała fala zamówień. Padły więc od razu serwery, co było powszechne w ówczesnych czasach (red. a co jest nadal powszechne w czasach współczesnych na polskim rynku, gdy jest nagle duże zainteresowanie jakąś stroną ;P;P). Tym samym panowie nie wiedzą jak dużo realnie było chętnych zamówić płytę, bo może wielu wówczas odbiło się od strony podczas awarii. Pamiętajmy, że był to już rok 1998. Tym samym w amerykańskich domach pojawiły się odtwarzacze płyt DVD, czego nie było jeszcze w roku kiedy zarejestrowali firmę. Jak wspomina Randolph wpłynęło nawet zamówienie spoza USA. Panowie nie byli jednak wówczas przygotowani logistycznie na wysyłanie płyt poza Stany Zjednoczone. Wszystkie ceny dostawy były więc liczone w amerykańskiej walucie i biorąc pod uwagę amerykańskie miejscowości. Nie mniej jednak ilość złożonych zamówień podniosła ich na duchu. Ten pomysł okazał się trafiony.

Netflix. To się nigdy nie uda – recenzja książki – rozwój firmy

Pierwsze lata działalności są często kluczowe dla wielu biznesów. Po nich możemy ocenić, czy dany projekt ma sens i rację bytu. Jeżeli start będzie udany i/lub rozwój będzie prawidłowy, to projekt zwiastuje sukces. Netflix dawał nadzieję na sukces. Tym samym Reed Hastings bardziej zaangażował się w firmę. Po ukończeniu studiów namówił Marca na objęcie fotela szefa. Pierwszym CEO firmy był właśnie Marc jako pomysłodawca i twórca fundamentów firmy. Teraz Reed chce, by ten statek rozwinął większe żagle. Zajął się on więc pozyskiwaniem inwestorów. Marc Randolph w książce Netflix. To się nigdy nie uda, opisuje również kulisy rozmowy na jaką byli zaproszeni do siedziby Amazona. Jeff Bezos robił wówczas rozpoznanie, która firma wschodząca ma szansę podbić rynek i którą zawczasu warto wykupić. Panowie nie byli wówczas gotowi na sprzedaż, więc nie dali żadnej deklaracji, ale chcieli równocześnie zachować przyjazne stosunki z firmą, która rosła w potęgę na skalę światową.

Oczywiście strach po spotkaniu pozostał. Wówczas Amazon nie sprzedawał już tylko książek i był internetowym sklepem wielobranżowym. Kwestią czasu było, aż w ich ofercie znajdą się płyty DVD. Widmo innego giganta zainteresowanego płytami DVD również zaglądało im w oczy. Nie wiedzieli wówczas czy Walmart nie zdecyduje się również na sprzedaż DVD. A to były wówczas wielkie firmy, a dzisiaj to są giganty nad gigantami. Walmart to najbogatsza firma świata pod względem przychodów. Zdetronizowała wszystkie firmy z branży energetycznej, co w XX wieku wydawało się przecież niemożliwe. Amazon to natomiast najbogatsza firma świata pod względem kapitalizacji giełdowej, co czyni ją tym samym najcenniejszą firmą świata. [red. oba stwierdzenia dotyczą dnia, w którym pisany był ten artykuł. Wyszczególniam je natomiast dokładnie, bo wielu ludzi w Polsce nie odróżnia czym są realne zyski, a wartość rynkowa firmy].

Netflix. To się nigdy nie uda – recenzja książki – zmiany w działalności

Widmo pożarcia lub zdruzgotania przez silną konkurencję było duże i realne. Tym samym Marc Randolph i Reed Hastings musieli szybko znaleźć sposób, aby zachęcić ludzi bardziej do wypożyczania płyt niż do ich kupowania. I tu znowu kluczową rolę w zmianie działalności możemy przypisać autorowi książki Netflix. To się nigdy nie uda. To Marc Randolph wpadł na pomysł płatnej subskrypcji. Co ważne w tej książce, to nie ukrywa on nawet swojej perfidnej postawy w tej kwestii. Subskrypcja bowiem miała być ciągła do momentu anulowania przez klienta. Reed wiedział, że to nieetyczne zagranie, gdyż wielu ludzi zapomina o stałych zobowiązaniach finansowych. Z raz podpiętej karty zabieraliby więc pieniądze, nawet gdyby ktoś nie chciał nadal płacić za usługę. Oczywiście jeśli klient sam nie anuluje subskrypcji na czas.

Podobno Reed był przeciwny temu rozwiązaniu, ale przekonały go potencjalne zyski na tym modelu biznesowym. Ten choć rzeczywiście perfidny, to okazał się strzałem w dziesiątkę. Warto przy tej okazji przypomnieć, że wówczas nie było szansy na obejście systemu. Dzisiaj możemy podpiąć pod Netflixa kartę typu prepaid. Jeśli ją wcześniej nie doładujemy, a zapomnieliśmy anulować subskrypcję, to pieniędzy nam nie ściągnie. Wówczas takich kart nie było, więc klient był zawsze stratny na własnym gapiostwie. Nie mniej jednak to właśnie subskrypcja stała się powszechna w firmie i stała się jej znakiem rozpoznawczym. To zostało im do dzisiejszego dnia, a wówczas nie było jeszcze mowy by obejmowała on streaming video. Teraz natomiast wszystkie VOD oparte na tym modelu nazywamy zbiorczą nazwą SVOD, czyli Subscription Video on Demand. Subskrypcja dla Netflixa była więc pierwszą poważną zmianą w ich działalności. Zmianą która dodała im wiatru w żagle, a ten pozwalał myśleć o debiucie giełdowym.

Netflix. To się nigdy nie uda – recenzja książki – IPO i gramy dalej

Firma się rozwijała i była powszechnie rozpoznawalna w kraju. Panowie Randolph i Hastings myśleli nawet nad rozszerzeniem usługi poza Stany Zjednoczone. Taka Kanada leży w sąsiedztwie, a zamożność i zaawansowanie technologiczne kraju zwiastowałoby, że ludzie tam również chętnie braliby te płyty. Pierwszym krokiem ku ekspansji miała być jednak ekspansja ekonomiczna. Przyszedł więc czas na IPO – Initial Public Offering, czyli pierwszą ofertę publiczną (red. pamiętamy tak ? Na giełdzie tradycyjnej mamy IPO, a na giełdach krypto mamy ICO – Initial Coin Offering). Marc wówczas jak przyznaje, myślał o sprzedaży swoich udziałów. Wierzył on w dalszy sukces Netflixa, ale liczył na zarobieniu na tym pieniędzy, które pozwolą mu dostatnie żyć bez pracy. W przyszłości natomiast pozwolą mu zająć się całkiem nowym projektem opartym na nowym pomyśle. Zrezygnował więc z wice szefostwa oraz zasiadania w zarządzie spółki. Start giełdowy okazał się natomiast sukcesem, a Marc poczuł, że nareszcie spełniają się jego marzenia.

Marc czuł, że nie jest już potrzebny firmie. W epilogu książki opisuje on jeszcze jeden swój pomysł na stacjonarne mini kioski Netflixa. To kończy się fiaskiem, więc wiedział, że nie może dłużej nadwyrężać cierpliwości Reeda. Temu było głupio wyrzucać przyjaciela z firmy, którą wspólnie tworzyli, więc najlepszym rozwiązaniem była dobrowolna rezygnacja. Marc Randolph odchodzi więc z firmy, zanim ta stała się platformą streamingową. Wraz z Reedem wierzyli oni jednak, że kiedyś szybkość internetu wyprze nośniki fizyczne. Ludzie chętniej będą sięgać po film na wyciągnięcie ręki w stronę pilota lub klawiatury komputera. Wiedzieli więc wspólnie, że Netflix przejdzie w przyszłości kolejną transformację. Marc zbudował jednak fundamenty pod te zmiany i poczuł, że jego dziecko jest już praktycznie samodzielne i gotowe do życia w dżungli groźnej konkurencji. Tym samym żegna się on z firmą i kończy swoją opowieść o powstaniu Netflixa.

Netflix. To się nigdy nie uda – recenzja książki – opinie o książce

Książka Marca Randolpha to tylko jedna wersja zdarzeń historii firmy. Wersja oczami Marca i ludzi z jego najbliższego otoczenia. Jednak jak sam twierdzi, ta historia potrzebowała odpowiedniej narracji. I taką narrację on jej daje. To z niej dowiadujemy się, że Netflix to nie był od razu pomysł, który spadł im z nieba. To nie był też plan na zmianę świata. Marc opisuje wszystko bardziej od strony osobistej. Swojej prywatnej jako twórcy projektu. Uczciwie jednak mówi, że nie włożył w ten biznes własnych pieniędzy. Nie to, że nie chciał ich włożyć. Miał wówczas małe dzieci, na które szły jego środki pieniężne. Netflix był natomiast jedną wielką niewiadomą. Jednym wielkim być może, na które chciał jedynie znaleźć odpowiedź, niczym główny bohater serialu młodzieżowego „Looking for Alaska„. Gdy znalazł już odpowiedź, to mógł odejść z firmy ze spokojnym sumieniem dobrze wykonanej pracy.

Marc Randolph nie chce jednak zakłamywać rzeczywistości. Jak twierdzi spłyca bardzo okres pozyskiwania inwestorów. Od aniołów biznesu był Reed, bo on się na tym znał doskonale. Znaczył już coś na rynku i miał duże wpływy. Tym samym choć książka ma formę osobistego pamiętnika, to zachowuje znamiona obiektywnego spojrzenia na cały projekt. Marc był świadomy, że Reed nie zawsze był z niego zadowolony. Wytykał mu błędy, bo nie żył marzeniami i patrzył na wszystko od strony finansowej. Ważne, że Marc Randolph o tym wie i o tym pamięta. Dzięki temu jednak dostajemy ciekawie napisaną książkę, której ze świeczką szukać w tematyce powstawania czołowych firm świata. Te są zazwyczaj raczej reportażami, albo zwykłą historią czy analizą firmy. Marc chciał, aby czytelnicy dostali coś więcej. I rzeczywiście dostają coś więcej, a samą książkę fajnie się czyta, bo jest napisana nie tylko przystępnym językiem, ale sposób narracji budzi sympatię względem autora.

Netflix. To się nigdy nie uda – recenzja książki – opinie o książce – tytułem podsumowania

Komu można polecić książkę Netflix. To się nigdy nie uda ? Szczególnie tym osobom, które chcą się dowiedzieć jak kształtowała się firma Netflix. Firma, a nie platforma. To opowieść o fundamentach firmy, które pozwoliły później ze sklepu z płytami DVD i ich wypożyczalnią zrobić platformę streamingową. Jednak początki działalności zazwyczaj są najciekawsze. Jeśli nie jest się firmą taką jak Amazon, dla której każdy kolejny dzień jest Dniem Pierwszym, to właśnie początki działalności wydają się najciekawszymi elementami w historii. W całej tej opowieści najzabawniejszy wydaje się więc moment, w którym panowie Marc Randolph i Reed Hastings prowadzili rozmowę z włodarzami Blockbuster LLC. Ci nie chcieli się wówczas zgodzić na 50 milionów dolarów za Netflixa, bo uważali to za zbyt wygórowaną kwotę. Dzisiaj firma jest warta nie miliony tylko miliardy dolarów. No a gdzie teraz jest taki Blockbuster LLC ? 🙂 No ale tak właśnie rodził się sukces firmy oparty na niezależności N.

Czy warto sięgać więc po książkę Netflix. To się nigdy nie uda ? Osobiście uważam, że warto. Jako taki pamiętnik z ciekawą narracją sprawdza się doskonale. Potrafi zaciekawić w wielu momentach, bo sama historia firmy jest ciekawa. Oczywiście opowiedziana z jednej strony, ale jak twierdzi w epilogu autor, była ona tworzona na bazie wspomnień również jego współpracowników. Część z nich dzisiaj pracuje jeszcze dla Netflixa, a inni rozeszli się po świecie i zaangażowali w nowe projekty, podobnie jak sam autor książki Marc Randolph. O tym wszystkim jest ta książka, a niniejsze omówienie, bardziej niż typowa recenzja, może zachęci niektórych do przeczytania tej książki.

Udostępnij w social mediach